e-Podatki

Fiskus wymusza niepotrzebne procesy. 2007-07-25


Przepisy podatkowe powodują, że przedsiębiorcy muszą kierować do sądów sprawy, choć z góry wiedzą, że będą przegrane. Blokuje to sądy gospodarcze, w których postępowania miały być przecież krótsze i prostsze, a firmy naraża na niepotrzebne wydatki

Chodzi głównie o należności, których firmy nie są w stanie wyegzekwować od dłużników - np. od kontrahentów handlowych. Najchętniej wrzuciłyby takie straty w koszty, jednak nie pozwalają na to przepisy podatkowe. Wymuszają na przedsiębiorcach prowadzenie beznadziejnych procesów, łącznie z egzekucją komorniczą, gdyż trzeba formalnie udowodnić, że wierzytelność jest nie do ściągnięcia. A to musi potwierdzić sąd lub komornik.
(…) - Problem z wrzucaniem wierzytelności w koszty wynika z tego, że przychód podatkowy powstaje już w momencie wykonania usługi lub wydania towaru - mówi Marek Kolibski, doradca podatkowy. Wyjaśnia, że jeśli wydamy towar, to mamy przychód podatkowy, nawet jeśli nie otrzymaliśmy zapłaty. Krótko mówiąc, choć kontrahent nie płaci przedsiębiorcy, to ten i tak uiszcza podatek.

Mechanizm wrzucania w koszty nieściągalnych wierzytelności służy właśnie temu, aby przedsiębiorca nie płacił podatku od przychodu, którego nigdy nie otrzyma.

Najpierw jednak wierzytelność musi być uznana za nieściągalną przez komornika (najczęściej po wcześniejszym procesie) albo trafić do sądu upadłościowego (ten oddali wniosek o upadłość z powodu braku pieniędzy, co oznacza, że wierzytelność jest nieściągalna).

Z tych dwóch dróg postępowanie upadłościowe jest prostsze i tańsze, poza tym szybciej uzyskamy w nim potwierdzenie, że dana wierzytelność jest nieściągalna. Gdy jednak potrzebne są zeznania świadków lub opinie biegłych, właściwą drogą jest proces. Prowadzi się wówczas spór na niby, bo i tak wiadomo, że w egzekucji komorniczej nie uda się odzyskać żadnych należności. Również sędziowie nie kryją, że często mają świadomość, iż strony toczą bój tylko ze względów podatkowych, zupełnie nie licząc na odzyskanie długu. (…)

(źródło: Rzeczpospolita)